Czy można mówić o istnieniu ‚stresu imigracyjnego’?

Myślę, że można…. I co więcej, nie wolno tego bagatelizować. Mieszkam w kraju, gdzie non stop napływają rzesze imigrantów i uchodźców. Kanada słynie ze swojej multikulturowości. Ba, będąc osobą nowo przybyłą, można skorzystać z usług licznych agencji, które nie tylko pomagają z pracą, zakwaterowaniem, lekcjami języka, ale również dużą wagę przywiązują do stanu emocjonalnego ludności napływowej. I tutaj, o tym się naprawdę mówi. O tym, że ludzie rzeczywiście doznają szoku kulturowego, że mają problem z klimatyzacją, tęsknotą, że czują się przytłoczeni.

W Polsce sytuacja wygląda inaczej…. Ten, kto wyjeżdża, to ten, któremu ‚mało’ (oczywiście kasy), nikt nie zwraca uwagi, że może towarzyszą temu inne aspekty. W każdym razie, decydujesz się, to sobie radź. Kasę zarabiasz, wszystko się rozwiąże ‚samo’. Niestety, tak nie będzie. Tęsknotę, wstyd, lęk, bezradność, można zagłuszać co tygodniowym spotkaniem ze znajomymi albo nową torebką od Michaela Korsa, a z czasem te emocje powchodzą sobie w ciało, powodując różne symptomy fizyczne czy pojawi się jakieś uzależnienie.

Bo ‚stres imigracyjny’ to cała gama emocji i odczuć, jakie towarzyszą człowiekowi podczas stawiania czoła wyzwaniom na emigracji. Emigracja to ogromna zmiana. Proces przystosowywania się musi potrwać, stąd i emocji mnóstwo, które się kumulują. Dlatego warto przyjrzeć się wszelkim odczuciom i je uzdrowić.