Dlaczego tak ciężko wprowadzać zmiany?

Tak mnie natchnęło do tematu zmian, jako że sama jestem w takim okresie życia… Każdy z nas dąży do lepszego dla siebie życia, oczywiście to „lepsze” ma zupełnie inne znaczenie dla każdego z nas. Jedna z nas chce mieć kolejnych pięć par butów, następna szczęśliwego związku, a jeszcze inna mniej kilogramów. I tak dążymy do wyznaczonych celów, żeby było lepiej. Jednak żeby było lepiej, to stare musi się zmienić. I tutaj jest problem. Myślę: będzie super, nie mogę się doczekać, ale nagle napływa jakieś wkurzenie, za którym skrywa się rzeczywisty lęk przed zmianami. I plątanina myśli, odczuć, emocji, a co jeśli…. I tu sobie kreujemy w zależności od możliwości wyobraźni różne czarne scenariusze. I albo się zatrzymamy w tym, co jest teraz i nie przeskoczymy tych obaw, albo z odwagą ruszymy w dalszą drogą. Wybór zależy tylko od nas.

Człowiek zawsze chce się czuć bezpiecznie. i bezpiecznie jest tu, gdzie teraz jest. A niech spojrzy, co jest za rogiem, a już pojawia się lęk. Naturalny lęk, bo nie wie, co tam się czai w nieznanym. Ale wracając do tego bezpiecznego…. Bezpieczna jest praca, której nienawidzimy i w której zarabiamy marne pieniądze, związek, który nie daje szczęścia, 20 kilogramów nadwagi. Śmieszne? Możliwe, ale tak jest. Bo żeby wyjść z tego, co na pozór jest bezpieczne, trzeba podnieść tyłek i zacząć coś zmieniać. Tam w głowie będzie głosik, który szepce: po co? jest dobrze jak jest, może być gorzej… No i nawet jak pojawiła się myśl, że rzeczywiście trzeba coś zmienić, głosik skutecznie ten power do działania stłamsi.

Myślę, że to jest też taka nasza trochę mentalność jako narodu, żeby nie zmieniać. Widzę to, bo mam kontakt z innymi narodowościami. Ludzie w Kanadzie są bardziej elastyczni, skłonni do zmian. Pewnie kryją się za tym jeszcze inne lęki: przed porażką, przed opinią innych. Ale to już kolejny temat…